Jacek Mydlarski

Przeniknąć potencjalność

Fragment rozdziału I

Rodzina, pierwsze środowisko w jakim wzrastamy i którym nasiąkamy. Wspólnota najbliższych ludzi, pomagających nam wszechstronnie się rozwijać oraz uczyć wartości i społecznych norm. Identyfikując  się  z rodziną, współtworzymy ją, przejmując kultywowane w niej postawy, światopogląd i wzorce zachowania. To rodzina wpływa na osobowość, kształtując losy jej członków. Jacek Mydlarski urodził się w maju 1950r w Lublinie, w rodzinie inteligenckiej. Dziadek Jan Tadeusz Mydlarski,  po uzyskaniu doktoratu został wykładowcą w Wyższej Szkole Wojennej, natomiast po habilitacji podjął pracę na Uniwersytecie Warszawskim. W latach pięćdziesiątych był rektorem na Uniwersytecie Wrocławskim i specjalistą w dziedzinach genetyki populacyjnej, ewolucjonizmu oraz serologii. To dziadek Jacka, przedstawił koncepcję dziedziczenia grup krwi oraz wykazał modyfikowanie współczynników podobieństwa dzieci do rodziców przez procesy selekcyjne. Matka pochodziła z poznańskiego, ceniła sobie twarde wychowanie z zasadami. Latami pracowała jako lekarz pediatrii, piastując funkcję ordynatora w jednym ze szpitali. Rodzice mieli w domu własne laboratorium, w którym ojciec wykonywał pierwszą w Polsce naukową rekonstrukcję „człowieka wyprostowanego” Pithecanthropus erectus.

 

Choć były to lata pięćdziesiąte dom państwa Mydlarskich różnił się znacznie od innych polskich domostw. Na jego kolorowych ścianach wisiały obrazy, na przemalowanych meblach stały wytworzone ręcznie misy i rzeźby. Zarówno ojciec jak i babcia Jacka wykazywali uzdolnienia plastyczne [2].Oboje malowali, natomiast ojciec amatorsko rzeźbił. Mały „Jacuś” dorastał zanurzony w specyficznym środowisku, pośród badaczy, medyków ale również pośród artystów, tłumnie odwiedzających rodzinę, która przez wzgląd na rodzaj pracy, często przeprowadzała się w nowe miejsca. Wyczulony na poczucie smaku Jacek, rósł w przekonaniu, że jest inny niż jego rówieśnicy. Był dzieckiem drobnym i nieco chuderlawym, zatem wiecznie przebywał pod czujnym okiem swej mamy, dbającej nieco na wyrost o jego kruche zdrowie.

Pierwsze wydarzenie, które popchnęło Jacka ku wyborze trudnej artystycznej drogi, miało miejsce we wczesnym dzieciństwie. Pamięta je z fotograficzną dokładnością i chętnie o nim opowiada. Mieszkali wówczas w Kwidzynie, małej miejscowości ze wspaniałym zamkiem, mieszczącym krypty z pochówkiem mistrzów krzyżackich.  Matka była wówczas w ciąży ze swym drugim dzieckiem, mającą przyjść wkrótce na świat siostrą Jacka – Almą. Rodzinę odwiedzał malarz. Pochodził z okolic Krakowa, tam też zresztą skończył Wydział Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych. Był uczniem miedzy innymi Ignacego Pieńkowskiego oraz Eugeniusza Eibischa. W jego twórczości można było odnaleźć inspiracje koloryzmem i francuskim impresjonizmem. Nosił nazwisko starego polskiego rodu – Rostworowski i całe swoje życie poświęcił malarstwu.  Jako, że sam miał dzieci klepał biedę. Za usługi lekarzy, dentystów, piekarzy płacił tak, jak się płaciło przed wojną – obrazami. To były całkiem przyzwoite obrazy, nietuzinkowe i naprawdę niezłe. Ci, którzy zachowali je w rodzinnych zbiorach z dumą się dziś nimi chwalą. Od rodziny Mydlarskich malarz otrzymał zlecenie sportretowania małego Jacka. Rozkładał się więc w największym pokoju, stawiając sztalugę w widnym miejscu, na taborecie układał paletę i mały kubeczek z terpentyną. Modela usadawiał naprzeciw siebie i długo patrzył na dziecko mieszając farby z pietyzmem. Jacek pamięta zapach tych farb, który zespolony z wonią plasteliny, używanej przez ojca do rekonstrukcji Pithecanthropusa, roznosił się po całym mieszkaniu. Chłopiec wiercił się niecierpliwie wyciągając szyję i próbując dojrzeć jak powstaje obraz. Czasem zaciągał się zapachami i mrużył oczy jak kot. Zastygał w bezruchu, jakby zapadając się we własną przyjemność. Potem znów wzrok uciekał mu w stronę palety, a źrenice rozszerzały się ze zdumienia, ilekroć malarz mieszał farby wyczarowując ich nowe odcienie. Malarz jak to artysta – widział więcej, bo potrafił patrzeć – szybko zauważył szczerą ciekawość chłopca. Na szklaną płytkę, których pełno było domu Mydlarskich gdyż używano ich do badań pod mikroskopem, wycisnął chłopcu prosto ze swych tubek trzy podstawowe kolory – żółć, cynober i kobalt. Dla Jacka ten prezent stał się bezcennym skarbem. Za dnia biegał po domu ze szklaną płytką i obserwował jak kolory zmieniają się w różnych okolicznościach. W słonecznej kuchni, z której wychodziło się na taras przez olbrzymie drzwi balkonowe, żółć stawała się soczyście cytrynowa, zaś w świetle lamp nocnych w sypialni – migotliwie ciepła i złota. Jacek uznał w swej dziecięcej przenikliwości, że kolor musi być żywą istotą, więc swoją płytkę przechowywał jak relikwie, w drewnianym pudełku, pod łóżkiem. Podobały mu się nasycanie barw i ich konsystencja. Gdy nikt nie patrzył wyciągał swe szkliste cacko, wąchał zastygłe farby, smakował je końcówką języka i głaskał delikatnie opuszkiem małego palca. Malarz pracował przy portrecie zaledwie parę wieczorów. Właściwie to byłby gotów już wcześniej, ale podobało mu się to, jak dzieciak niestrudzenie wodził wzrokiem za każdym jego ruchem. Gdy skończył malować wstał i zademonstrował swe dzieło, trzymając je dumnie przed sobą. Jacek aż jęknął z zachwytu. Jego ciężarna mama leżała wówczas w łóżku, nie najlepiej się czując. Wychyliła się tylko nieco i zastygła na chwilę w pół leżącej pozie. Ledwo rzuciła okiem na pracę.

 – Piękny chłopiec – powiedziała nieobecnym głosem – Ale to nie jest mój Jacuś. Wybaczy pan, nie wezmę tego obrazu.

Malarz ciężko westchnął. Dewizą jego rodu była łacińska sentencja: „Nil conscire sibi” pol.: „nie mieć sobie nic do zarzucenia”[1]. Odstawił taboret na miejsce, pozbierał farby, złożył sztalugę, wsadził ją pod pachę i wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi. Jacek doskonale zapamiętał tę scenę, gdyż było mu wówczas bardzo smutno. Długo jeszcze żywił żal do matki, że tak niefrasobliwie potraktowała malarza. Dałby dziś góry złota, aby odzyskać tę tkliwą pamiątkę. Tak bardzo pragnął posiąść obraz, że będąc dorosłym mężczyzną, próbował go odszukać. Bezskutecznie. Ten odtrącony przez matkę portret z dzieciństwa, stał nie tyle sentymentalnym wspomnieniem, co synonimem utraty wielkiej wartości. Był też odkryciem, że dobry obraz może ukazywać coś więcej. To, co zobaczył na nim Jacek i co zapamiętał, nie było tylko portretem małego chłopca, z płótna emanował żywy emocjonalny stan – była nim jego własna ciekawość.

 

Jako, że ojciec i babcia malowali, Jacek starał się ich naśladować. Miał poczucie, że jest dużo lepszy od swoich rówieśników, bo potrafił rysować w perspektywie. Pewnego dnia rodzice postanowili odwiedzić mieszkającego po sąsiedzku niejakiego profesora Kołka.  Profesor był absolwentem Krakowskiej ASP, natomiast w Kwidzynie pracował jako wykładowca i nauczyciel rysunku. Przyszli tam wszyscy razem, dokładnie w dzień, gdy profesor akurat malował swoje mieszkanie. Pryskał pędzlem w sposób bardzo ekstrawagancki, tak szczególnie, że mnóstwo kolorowych kropek osiadało na suficie, tworząc piękną kompozycję. Jacek zadzierał wysoko głowę, nie mogąc wyjść z podziwu. Rodzice prowadzili z profesorem jakąś żywiołową dyskusję, pozwolono więc dziecku robić co chce, nawet zaglądać wszędzie, gdzie tylko zapragnie. W mieszkaniu profesora stały przedziwne szafki pełne szuflad wypełnionych po brzegi tubkami napoczętych farb i pędzli o przeróżnych rozmiarach. Jacek był tym zachwycony. Profesor momentalnie wychwycił entuzjazm malca i zaproponował mu wspólne malowanie. Kilka dni zajęło chłopcu przekonanie rodziców, aby zgodzili się na sąsiedzką wizytę. Jako, że profesor mieszkał dosłownie za rogiem, a Jacek obiecał, że będzie bardzo ostrożny i grzeczny, nadopiekuńcza mama wreszcie uległa prośbom. Chłopcu bardzo zależało na zrobieniu dobrego wrażenia, pragnął by malarz potraktował go poważnie, podebrał więc babci ukradkiem jeden z jej szkicowników i tak wyposażony pełen podniecenia, zapukał do drzwi profesora Kołka. Ten wyraźnie na niego czekał. Przygotował bardzo starannie dwa formaty- niewielkie tekturki zagruntowane na czarno. Ten grunt położył tak profesjonalnie, że do dnia dzisiejszego, a minęło ponad sześćdziesiąt lat, barwy malowane farbą olejną nie zmieniły się ani o jotę. Usiedli razem przed oknem. Profesor rozłożył ogromną paletę. Połowa należała do chłopca. Profesor pozwolił malcowi nabierać również i te kolory farb, które namieszał dla siebie. Ale Jacek nie skorzystał z zaproszenia, wiedział już jak łączyć farby ze sobą.

Namalował to, co mogło namalować dziecko – kwiatki, wazonik i książkę. Konwencja była dziecięca ale w całkiem udany sposób udało mu się zastosować perspektywę kulisową. Wyćwiczył ją podpatrując rysunki babci. Odważnie bawił się też kolorami. Pomogło mu okno – uwzględnił błękit, który gdzieś tam przedzierał się na niebie ale uzupełnił wrażenie świetlne, traktując obraz śmiałymi odcieniami oranżu. Kiedy skończył, profesor zaproponował mu, aby namalował coś jeszcze, tylko z wyobraźni. Jacek wykonał drugi obraz za jednym posiedzeniem. Na takiej samej tekturce, którą tym razem umieścił w poziomie, namalował kwidzyński kościół, noc i światełka w domkach, bo strasznie lubił moment, gdy zapada zmrok. Obraz od razu zdradzał fakt, że malowało go dziecko, jednak profesor był bardzo zadowolony. Długo spoglądał na obie tekturki.

– No bracie! – powiedział wreszcie poklepując Jacka po ramieniu – doskonale czujesz kolor!

Projekt „Literacko o artystach” jest cyklem monografii napisanych w autorskiej konwencji literackiej. Jest też unikatowym zbiorem wiedzy o życiu, rozwoju artystycznym i motywach twórczości wybitnych malarzy, wywodzących się  z dwóch szkół ( północ i południe kraju). Na cykl składają się niezależne opowieści, tworzące spójną historię, która integruje różnorodne nurty malarskie. Biografistyka przybliża czytelnikom tak dorobek twórczy,  jak i postać człowieka – kreatora, z jego słabościami i niezłomnością.

Bohaterami opracowania „Potomkowie szkoły sopockiej” są: Jacek Mydlarski, Wilga Badowska oraz Kiejstut Bereźnicki. Ośrodek krakowski reprezentują: Tadeusz Król, Andrzej Borowski i Piotr Naliwajko. Praca, oprócz walorów edukacyjnych rozwija wiedzę poznawczą z zakresu sztuki współczesnej i promuje innowacyjną narrację, jako nowy sposób pisania o sztuce. 

„Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego”.

  1. S. Konarski „Kanoniczki warszawskie”, Paryż 1952, s. 152. Przynależność do rodu na podstawie opracowania S.J. Rostworowskiego, Monografia rodziny Rostworowskich, lata 1386-2012, t. 1-2, Warszawa 2013
  2.  Babcia Jacka Mydlarskiego – Janina Mydlarska z Szumskich, ukończyła studia malarskie w Krakowie i malowała do końca swojego życia. W jej wspomnieniach żywe były tradycje krakowskiej cyganerii; ciotecznym bratem Janiny Mydlarskiej był poeta i malarz – Tytus Czyżewski.