Oranż Andrzej Borowski

SENSUOUS THEORY
Najpierw odczuwam przyjemność płynącą wprost z ciepła barw. Jakby ktoś w słoneczne  popołudnie otworzył szeroko okno. Patrzę jak ochry płoną blaskiem w namiętnym tańcu z turkusem,  chowając w swych zakamarkach szarość zwykłych cieni. Kolor szepcze. Opowiada historię o tym, czym bywał kiedyś w mojej pamięci, zanim nazwałam go po imieniu. Ziarnka piasku przynoszą wspomnienia  upału i wiejskiej drogi. Widzę jak rzucone malarskim gestem, stygną powoli stając się plamą, iluzją odcieni. Idealnym akordem w harmonii barw. Fakturą płótna. Połyskują jeszcze przez chwilę, zanim czas zmieni je w zarysy kształtów, które falując ku górze opadną w doliny. Doliny tak pojemne, że mieszczę w nich całe światy i cienie tych światów i wszelkie pragnienia zastygłe w uścisku dwojga płaszczyzn, pomiędzy zmierzchem a zamglonym porankiem. Patrzę na materię czyichś myśli zaklętą pomiędzy ruchem dłoni i śladem pigmentu na kawałku tkaniny i trwam w zachwycie. Tam natura powtarza swe mądre tautologie:


pole jest polem,
morze – morzem,
góra – górą,
zaś gwiazda gwiazdą jest.

Upał doskwiera. Spiekota zyskuje inny wymiar, wydaje się brnąć w nieskończoną pustkę jałowej ziemi i ołowianego nieba. Szukam ukojenia w chłodnej ultramarynie wody, ale ona tylko pobłyskuje złowieszczo. Porywa mnie rwącym nurtem. Kaleczy o ostre skały, zgniatając między klifami. Monumentalny kanion jest jak tysiące katedr zwróconych głową w dół. Podnoszę wzrok ku górze, gdy obraz wciąga w głąb, prowadząc zmysły do kresu. Do granic ostatniego napięcia. Poza zachmurzony horyzont. Nadchodzi burza? Rytmiczne pasma słońca w kolorze cynobru wydają się za gęste, zbyt duszne. Drga parne powietrze, kiedy nade mną kłębią się chmury i błysk rozcina niebo na pół.