Piotr Naliwajko

Realne przeistaczać

Fragment rozdziału IV

Lato, rok 2020 Miejski Dom Kultury „Batory” w Chorzowie,  Pracownia Piotra Naliwajki

Gdy byłam małą dziewczynką jeździłam z mamą i siostrą do Parku Rozrywki w Chorzowie. Miejsce to wydawało się być istnym rajem – karuzele, ogród zoologiczny, tramwaje, wata cukrowa, park z tysiącem róż i lody na patyku. W przemysłowe dzielnice Śląska raczej się nie zapuszczałyśmy, bo i też nie było po co. Chorzów Batory był wtedy takim miejscem, typowo industrialnym i mrocznym.Tutaj pracowała huta i zakłady koksowo – chemiczne „Hajduki”. Mieszkający tu ludzie narzekali na wszechobecny brud, na ciężkie powietrze, na ciasnotę i brzydotę ale z pokorą ścierali sadze z parapetów i kurze z mebli. Żyli tu, bo mieli prace. Wzdłuż ulicy Bolesława Batorego, wraz z rozwojem dzielnicy, rosły szpetne zabudowania mieszkalne przeznaczone dla klasy robotniczej. Spomiędzy nich wydzierały się tu i ówdzie sczerniałe mury i kominy fabryk. Miasto podobne do wstrętnego kadłuba jakiegoś pasożyta, który z brudu się rodzi i nim żyje. W czasach III Rzeczpospolitej Chorzów i cały Śląsk, z przemysłowego serca Polski Ludowej zmieniły się w krainę totalnego upadku i biedy. Śląsk ubożał. W zaniedbanych miastach i ich dzielnicach, w podupadłych familokach  i zakładowych domach, pozostali ci, którzy nie mieli dokąd uciec –  emeryci i renciści z kopalń i hut. Stare dzielnice stawały się coraz bardziej niebezpieczne. Tynki z murów nieremontowanych kamienic odpadały ze starości i brudu, krusząc się pod ciężarem wulgarnych napisów. Do dziś wiszą tu nad ulicami grube, zardzewiałe rury – świadectwo istnienia wielkiej Huty. Do dziś, jak wyrzut sumienia, straszy stary przejazd kolejowy, którym kiedyś jeździły hutnicze pociągi. Na drogach jest prawie pusto. Po zlikwidowanych zakładach pozostały niszczejące hale, które wraz z upływem czasu zamieniły się w żelastwo, wyglądające niczym szkielety gigantycznych mutantów.

Miejski Dom Kultury „Batory” w Chorzowie pokrywa klinkierowa cegła o charakterystycznym brudnoczerwonym odcieniu.  Wewnątrz znajduje się pokaźnych rozmiarów sala koncertowa oraz restauracja, których wystrój wnętrz nawiązuje do świetności lat osiemdziesiątych. Wciąż można zobaczyć tu obite boazerią ściany, czy wyblakłe ze starości wykładziny. Obiekt ma swój własny dziedziniec. Można tam wjechać, mijając starą bramę i przeciskając się przez wąskie gardło sąsiednich zabudowań. Tutaj – w centrum Hajduków, od ponad trzydziestu sześciu lat pracuje Piotr Naliwajko. Dlaczego wybrał to miejsce? Może ono karmi go inspiracjami. Tu można poznać człowieka poprzez miasto,  jak w tragedii greckiej. To tutaj mieszka prawda i ból, bieda i smród. Tu jest zawarta cała wiedza o życiu. Wiedza o wolności, przypadku, kaprysie, złej odmianie losu,  cierpieniu. Wiedza o szwach, spoiwach i pęknięciach egzystencji człowieka.[1]

Do pracowni artysty udaję się wchodząc po skrzypiących schodach. Dysząc ciężko omijam cierpliwie kolejne piętra. Klatka schodowa kończy się szerokim korytarzem, na którym rozwieszono szklane gabloty. Skręcam w lewo i staję przed niepozornymi drzwiami. Pukam.

Otwarte! Możecie wejść, tylko uważajcie na schodek! – dobiega ze środka doniosły głos. Wchodzę ostrożnie patrząc pod nogi.  Wita mnie przedziwny widok. Poddasze jest przestronne i jasne, naturalne światło wpada do wnętrza przez kilka sprytnie rozmieszczonych okien dachowych. Na wprost rozpościera się gigantyczna ściana. Z sufitu, który jest jednocześnie i dachem i oknem, zwisają setki kolorowych sznurków, powiązanych razem i splątanych wzajemnie w jedną sieć. Wpadające popołudniowe żółto-oranżowe światło, ściga się z cieniem, drżąc, pulsując i tańcząc niczym płomyki ognia. Tymczasem Piotr, w krótkich spodenkach i pobrudzonej farbami koszulce, stoi na ostatnim szczeblu drabiny.  Na gwoździu wbitym w drewnianą belę podtrzymującą strop, usiłuje zaczepić jeden z supłów tej przedziwnej pajęczyny.

– Istny Pollock, prawda? – śmieje się schodząc i poprawiając ukradkiem pasek przy spodniach.

– Cóż to takiego? – pyta Marek,  równie jak ja zdziwiony – Mogę temu czemuś zrobić zdjęcia?

 – Świetne światło,  Popołudnica! Ma dzikość w sobie! Rób zdjęcia, rób  – odpowiada dziarsko Piotr, wyraźnie z siebie zadowolony – Tylko ich nigdzie nie publikujcie, zanim nie powiem, że można. Film będziemy tu kręcić. Taki dla ludzi. Właśnie przygotowuję odcinek o przestrzeni abstrakcji. Co pijecie?

– Kawę poprosimy. Czarną i białą. – odpowiadamy niemal jednocześnie.

– O abstrakcji będziesz ludziom opowiadał? –dociekam, rozglądając się za miejscem, gdzie mogę bezpiecznie położyć torebkę i nie umazać się przy tym farbą.

– Będę mówił co wiem, a trochę tam wiem. Trzeba iść z duchem czasu. Dziś malarstwo jest za wolne, może zostanę vlogerem– wzdycha Piotr, przynosząc mi stare krzesło, które pośpiesznie przeciera bawełnianą ścierką, wyciągniętą z kieszeni dziurawych spodni. – Rozgośćcie się i oglądajcie obrazy– zaprasza.

Powoli dochodzimy do siebie. Każde z nas udaje się w inne miejsce pracowni, jakby pociągały nas skrajnie różne opowieści. Piotr tymczasem, w lewym skrzydle pomieszczenia, schowany za sprytnie skonstruowaną ścianką działową pełni honory gospodarza, zaparzając nam kawę w dwóch olbrzymich ceramicznych kubkach.

– Pracuję właśnie nad nową wystawą – wyznaje Piotr, kładąc ostrożnie naczynia z gorącym naparem na chybotliwej imitacji stolika – Dwa sposoby malowania łączę – klasyczne wręcz renesansowe i nowoczesne. Sugestywne to ma być. Chcę uzyskać efekt zderzenia dwóch rzeczywistości, jednej syntetycznej i drugiej jakby pierwotnej, takiej z ziemi…

– Uhm. Rozumiem skąd tu tyle popiołu – wtrącam kąśliwie. Mogę pozwolić sobie na takie żarty, znamy się już trochę. Piotr uśmiecha się szeroko, odgarniając  rękoma swe długie włosy.

– Efekt dostrzeżesz, gdy zaczniesz chodzić dookoła.  Tylko przestronne wnętrza są potrzebne, bo też obrazy będą duże. Wejdziesz do Sali i zderzysz się z jakąś inną rzeczywistością. Ona będzie obecna w sposobie użycia materiału. Kilka światów będzie się przenikać. Nie będą ze sobą kontrastowały, będą raczej w konflikcie. 

– Coś jak hologramy? – dopytuję, ponieważ nie bardzo potrafię sobie wyobrazić koncepcji Piotra.

 – Jesteś blisko. Coś jak hologramy i coś jak Rembrandt. Zawsze mnie fascynował. Gdy patrzysz na jego obrazy, masz wrażenie, że możesz przyjrzeć się postaciom z wielu stron. Pamiętam jak zobaczyłem „Straż nocną” – ujrzałem ją w zderzeniu z innymi obrazami. Wtedy zobaczyłem różnicę. Portery były namalowane tak, jakby miały odtwarzać rzeczywistość – świetnie, wręcz fotograficznie ale kiedy spojrzałem na dzieło Rembrandta, to jego postaci nie były „jak żywe”, one  „były żywe”. Miałem wrażenie, że się ruszają albo za chwilę poruszą. Pamiętam, że nachodziło się na ten obraz, mijając pozostałe, znakomite zresztą prace, a potem podchodziło się do „Straży nocnej”. Przed nią leżał dywan,  jakby dając sygnał: „stój, dalej nie idź”.  Człowiek i tak się zatrzymywał instynktownie, bo jedna  z postaci miała w ręku dzidę i robiąc krok dalej, miałem wrażenie że się na nią nadzieję. Niesamowite to było wrażenie. Niesłychanie sugestywne. Dopatrzyłem się, że nad całą salą był świetlik, jeśli nadchodziła chmura, to się wtedy zapalało sztuczne oświetlenie. Zatem stale było tam identyczne natężenie światła, nad tym dywanem, jakby odcięte kreską. Świetlik był przysłonięty specjalną siatką, która rozpraszała światło, jak przysłona. Kontrasty się wówczas osłabiały i robiło się ciut mroczniej. Sądzę, że to dawało ten niesamowity efekt. Jaka szkoda, że w naszych muzeach nie potrafi się zadbać o właściwe oświetlenie i ekspozycje dzieła.

 

– Myślę, że już się potrafi. – mówię z przekonaniem, odstawiając prawie pusty kubek –  Widzieliśmy świetnie przygotowane ekspozycje. We Wrocławiu chociażby. Masz zamiar powtórzyć zabieg z nocną strażą Rembrandta?

– Po co. Nie ma sensu tego powtarzać ale warto poszukać malarskich rozwiązań, które oddadzą tamte uczucia.

– Jak tego dokonasz? Operując kolorem?

– Kolorem też, wiadomo. Kolory muszą stać od siebie daleko ale nie mogą być przeciwstawne, bo to będzie zbyt oczywiste.

 – Popiół gasi błękit… – szepczę, zaczynając rozumieć intencję.

– A oranż wypłukałem – uśmiecha się Piotr z zadowoleniem. – Rozumiecie zamysł prawda? Gdybym zestawił dwa przeciwstawne odcienie w ich stopniu maksymalnym, to by mi wyszedł OP-ART. Z wibracją pomiędzy kolorami zbyt silną, aby się na niej skupić, bo cały czas kolor oddziaływałby w sposób fizyczny.

– Jak u Fangora[2] – wtrąca Marek.

– Dokładnie! I ja nie mówię, że to jest źle. Tylko to jest o czymś zupełnie innym. Tymczasem mnie chodzi o to, aby uzyskać dwa przenikające się światy jednocześnie. I te światy mają ukazywać nie tyle konflikt, bo ja tam nie jestem jakiś antywojenny, co rozpad. Diametralną zmianę. Na każdym polu. Weźmy chociażby nowoczesność w sztuce. Wszystko co ma w sieci   Hasztag ART nazywamy dziś sztuką. To jak kogoś przekonać, że obraz jest czymś innym niż jego fantom?  Obraz to idea, a także przedmiot o swoistym oddziaływaniu. Kontaktu bezpośredniego nie zastąpi nawet najdoskonalsza iluzja malowidła. Jeżeli wszystko ujawnia się na reprodukcji, to znaczy, że niczego więcej tam nie ma.  Czy tylko ja odnoszę wrażenie, że współczesna sztuka jest w impasie? Ma się nijak do tej rzeczywistości, w której właśnie jesteśmy.  A ja czuję zagrożenie, cały czas, tę cholerną nieokreśloność. Od dawna wyczuwam, że nasza rzeczywistość, ta która nas kształtowała i którą znamy – umiera. Te nasze problemiki, którymi się teraz ekscytujemy, czujecie? To wszystko jest już bez znaczenia.

 – Brzmisz nieco katastroficznie –podsumowuję z niepokojem.

Być może i wcale nie zamierzam udawać w tej kwestii bohatera. To jest moja intuicja na temat rozpierniczenia się świata. Sami powiedzcie, czy nie dręczy was przeczucie, że ten nasz cały „greko–katolicko–łacińsko–żydowski światek” właśnie odchodzi w niepamięć? Ginie w odmętach?

 – Sporo tu żółtej farby… – dostrzega Marek, uśmiechając się z przekąsem.

 

– Bo jest już powszechnie wiadomo KTO NAS ZJE! – śmieje się szyderczo Piotr. – Od dawna mamy rozwalone morale, nie moralność tylko morale właśnie. Coraz słabsi się czujemy, aby zrobić coś sensownego. Bliska mi jest refleksja Baricco[3], refleksja styczna z cytatem z pism Légera, który mówi o tym, że quasi pacyfistyczna, wyprasowana i śmieszna dzisiejsza Europa, zapomniawszy o Heraklitejskich i Homerowych ideach agoniczności i polemiczności. I tu nie należy tych dwóch pojęć rozdzielać! – przerywa Piotr, grożąc teatralnie palcem – Ta śmieszna dzisiejsza Europa, nie przejdzie już żadnej metamorfozy, nie przemieni się wewnętrznie. I gdzieś zatraci się na manowcach impotencji, wyrażającej się w takiej, czy innej poprawności.

– O ile to już się nie stało…! – dodaje po chwili Marek, ściszając głos z wyraźnym smutkiem.

– Pokolenie naszych dzieci będzie pierwszym pokoleniem, któremu będzie gorzej niż rodzicom. Memento dla nas. Jak mogliśmy doprowadzić do tej sytuacji? – wzdycha wymownie Piotr, składając drabinę i odstawiając ją w kąt. Robi się dziwnie ponuro. Na szczęście gospodarz potrafi odpowiednio zadbać o przywrócenie dobrej atmosfery.

 –  Hej! Nie będziemy się przecież rozczulać. Zejdziemy na dół na zupę? Mam tutaj zniżkę, stawiam obiadek! – wykrzykuje, zakładając na twarz jednym sprawnym ruchem poplamioną farbą maseczkę.

W restauracji nie ma nikogo. Siadamy naprzeciw siebie, zachowując jednak odpowiedni dystans. Zamiast zupy zamawiamy klasyczny poczciwy śląski obiad: rolady z kluskami i modrą kapustę. Ostatni raz jadłam takie pyszności na  weselu. Lata świetlne temu. Rozmawiamy o czwartej władzy. O tym, że bieda w kulturze jest tematem beznadziejnie skomplikowanym, nieefektownym i nudnym, że komercyjne media „robią kasę na artystach” i kompletnie ignorują materialne warunki ich funkcjonowania. Zastanawiamy się kim dziś w ogóle jest artysta.

 –  Załóżmy, że stu studentów rocznie kończy uczelnię w Katowicach – mówi Piotr, nabijając kawałek soczystego  mięsa na widelec – To na rynek pracy wychodzi niezły tabun bezrobotnych. Nawet jeśli znajdą sobie gdzieś robotę – kontynuuje swój wywód, mieszając kapustę z sosem –  w jakiś biurach projektowych, czy w wydawnictwach, to czy oni są artystami?  Wczoraj rozmawiałem z kolegą profesorem i on mi mówi : ” Ech! Pomalowałbym.”  Jak nie praktykujesz czegoś, nie masz z tym do czynienia na co dzień, to nie masz też o tym pojęcia! To musi wypełniać całe twoje życie bez reszty, nie da się „malować na pół etatu”.

 – A myślałeś ile potrzeba artystów w Polsce? – pyta zadziornie Marek.

 – Oczywiście! Pięciu! – odpowiada Piotr bez zastanowienia – Reszta powinna się uczyć rzemiosła po prostu. Chore jest to w naszym nauczaniu, że nie do końca uczy się technicznych rzeczy. Właściwie studenci uczą się sami na własnych błędach. Wiem co mówię, myślicie, że kto przyłazi na zajęcia rysunku do naszego Domu Kultury? To paskudne, że wmawia się tym dzieciakom, że po ukończeniu akademii zostaną artystami. Guzik prawda! Bycie artystą nie polega na tym, że się robi grafikę,  czy się coś wygina z drutu, albo  instalacje buduje. Bycie artystą jest kwestią postawy i sposobu życia, godzenia się z tym, że się odniesie totalną klęskę. Ten niepokój towarzyszy od początku do końca. Myślicie, że Kantor nie miał wątpliwości czy jest artystą? 

                    (…)

Żyjemy w czasach, w których jak mawiał Nietzsche kulturze grozi, że zginie od środków kultury. To jest bardzo smutne. – mówi Marek, opierając się ciężko o krzesło.

Dodam coś z własnego podwórka – podnoszę palec do góry, aby zwrócono na mnie uwagę – Smutne jest to, że nasz rodzimy wealth management, nawet w największych polskich bankach, nie inwestuje w dzieła sztuki. Nie ma umowy społecznej, że sztuka ma wartość. A jeśli  coś nie ma wartości finansowej, to w dzisiejszych czasach nikogo nie obchodzi.

– Ale sztuka i pieniądze nie mają żadnego rzeczywistego związku. Próbują nas na siłę przekonać, że najdroższy artysta, to najlepszy artysta. No jak to może być prawdziwe? – irytuje się Piotr.

 – To nie jest prawdziwe – wzdycham – Wszystko jest metaforą i wszystko się zmienia, zwłaszcza gust ale sztuka, pozostaje sztuką.

– Czyżby? – podważa moją konkluzję Piotr. – Zauważcie, że od czasów Matejki polscy malarze zawsze o coś walczą. Tylko ta walka nie ma za wiele wspólnego ze sztuką. Polska sztuka jest obciążona. Czy musi koło niej stać jakiś przymiotnik? Albo jest socrealistyczna, albo awangardowa, lewicowa lub feministyczna, patriotyczna, albo też krytyczna. Malarstwo to nie wielki zbiorowy obowiązek! Sztuka jest indywidualną wypowiedzią człowieka na kawałku płótna, z jego doświadczeniem i  słabościami, z jego przemyśleniami i niemocą. Bezsensem, bezcelowością, absurdem, goryczą, strachem, samotnością  i nadzieją, że kiedyś coś się zmieni. To jest TYLKO TO i AŻ TO, bo pomaga… Pomaga człowiekowi w jego skrajnym opuszczeniu.

 

(…)

Projekt „Literacko o artystach” jest cyklem monografii napisanych w autorskiej konwencji literackiej. Jest też unikatowym zbiorem wiedzy o życiu, rozwoju artystycznym i motywach twórczości wybitnych malarzy, wywodzących się  z dwóch szkół ( północ i południe kraju). Na cykl składają się niezależne opowieści, tworzące spójną historię, która integruje różnorodne nurty malarskie. Biografistyka przybliża czytelnikom tak dorobek twórczy,  jak i postać człowieka – kreatora, z jego słabościami i niezłomnością.

Bohaterami opracowania „Potomkowie szkoły sopockiej” są: Jacek Mydlarski, Wilga Badowska oraz Kiejstut Bereźnicki. Ośrodek krakowski reprezentują: Tadeusz Król, Andrzej Borowski i Piotr Naliwajko. Praca, oprócz walorów edukacyjnych rozwija wiedzę poznawczą z zakresu sztuki współczesnej i promuje innowacyjną narrację, jako nowy sposób pisania o sztuce. 

„Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego”.

  1. Zbigniew Kadłbuek „Święta Medea. W stronę komparatystyki pozasłownej” Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 2010, Str. 63

  2. Wojciech Fangor – tworzył zarówno malarstwo figuratywne, jak i abstrakcyjne. Z początkiem lat 60-tych zasłynął pulsującymi obrazami  abstrakcyjnymi, dającymi wrażenie ruchu. Jego eksperymenty miały wymiar prekursorski na skalę światowej sztuki. Twórca tak zwanej „pozytywnej przestrzeni iluzyjnej”.

  3. Alessandro Baricco – włoski pisarz, autor sztuk teatralnych, krytyk muzyczny i teatralny, eseista. Zdobył międzynarodową sławę dzięki powieści „Jedwab” ukazującej uroki i tajemnice dawnej cywilizacji Wschodu.