Sprawczym być odważnie

(…) Mnóstwo osób z podziemia szukało schronienia w akademikach, a wokół uczelni kręciło się wiele ludzi z problemami  psychicznymi. Trudno się temu dziwić, lata osiemdziesiąte w Gdańsku to lata strajków, zamieszek i prześladowań. Lęk był emocją, z którą trzeba było umieć żyć. Wilga miała dość  strachu i nieproszonych gości. Po raz kolejny zabrała swoje rzeczy i wyniosła się z pokoju, który zamiast drzwi miał kotarę z koca. Postanowiła zacząć od początku, kolejny już raz. Znów tułała  się po różnych miejscach i pomieszkując prowizorycznie to tu, to tam. Funkcjonowała w dwóch rzeczywistościach, najlepiej czując się w uczelnianych pracowniach,  gdzie znalazła namiastkę bezpieczeństwa i mogła uczyć się ciekawych rzeczy. Wymknęła się z objęć koszmarów, rzucając w wir pracy.

Przez pierwsze dwa lata nauki Wilga uczęszczała na zajęcia w pracowniach Hugona Laseckiego i Włodzimierza Łajminga. Ten drugi ogarnięty był wówczas „obsesją” błękitu i nie mógł się z niej wyzwolić. Błękit jako kolor intelektu i sublimacji, dystansu ale też melancholii, był wyrazem jego struktury psychicznej i dążeniem do ujawniania niepokojów, czy tęsknot. Bramy cmentarne, okna w  kształcie krzyża – wszystko to ujęte w wyrafinowanej grze malarskiej materii, w duchu kolorystycznych tradycji. Ale było to też malarstwo, które nie mieściło się w tolerancji kapistycznej – pełne znaków i symboli.  W tym czasie dokonywały się przemiany. Podążano w stronę nowoczesnej struktury  obrazu, czego wyrazem było skupienie uwagi na jego płaszczyźnie oraz fakturze, co korespondowało z nowymi kierunkami w sztuce, jakimi były informel, taszyzm czy  malarstwo materii.[1] Kolorystyczny rodowód nauczycieli Wilgi musiał mieć bezpośredni  związek z jej własną predestynacją i zdeterminował jej dalszy rozwój artystyczny. Po  pierwszych dwóch latach Wilga powróciła do pracowni charyzmatycznego Kacha. To wtedy, na trzecim roku, rozpoczęły się dla niej prawdziwe studia malarskie. Miała już za sobą  semestr z ceramiki, linorytu, litografii, rzeźby i tkaniny. Poznała różne techniki i uprawiała  grafikę warsztatową.

Nadal kochała rysunek. Jeśli odczuwała chęć, aby znów sobie porysować, szła do pracowni Kiejstuta Bereźnickiego, który na pierwszy rzut oka wydał się jej nieco kostyczny ale potem ujął ją swą życzliwością. Cieszył się, że przychodziła, choć nie należała do jego grupy i chętnie robił jej korekty. Swojego mentora również bardzo szanowała, gdyż nie rozmieniał się na drobne. Przychodził i patrzył. Jeśli coś było dobre, to  było to widać w jego spojrzeniu, jeśli złe – również.

„Kachu tak mrużył oczy i już człowiek wiedział, że w tę stronę podążać nie warto”.

Kazimierz Ostrowski nie robił niczego na pokaz. Jeśli imprezował to na całego, jeśli  pracował – również. Miał dużo do powiedzenia swoim studentom i robił to z wielkim  wdziękiem. Wilga wyniosła z jego pracowni ważne przesłanie, które odnosiło się nie tylko do sfery sztuki i było istotne w obliczu zmieniającego się świata. Ostrowski uczył, że nowe  koncepcje są nie tyle negacją, co raczej rozwinięciem wcześniejszych idei. Z właściwą sobie dyscypliną studiował zasady mistrzów koloryzmu – Strzeleckiego i Nachta-Samborskiego, natomiast pobyt w Paryżu dał mu możliwość zetknięcia się w sposób bezpośredni, tak z tradycją wielkiego malarstwa europejskiego, jak i z otwartością na to, co niosła przyszłość.  Miał szczęście, gdyż na własne oczy zobaczył jak szeroki nurt sztuki, dzieli się na kolejne strużki, tworząc meandry i rozgałęziając się ku swym nowym biegom. Widział i rozumiał, że sztuka rozrasta się, zaczynając żyć niczym sieć. Fizyka wkroczyła w głąb materii i pojęła  czym jest atom, zaś sztuka wystąpiła ze swych brzegów i pozwalała ujrzeć świat z innej perspektywy. Po abstrakcji geometrycznej zaczęła dominować abstrakcja liryczna, a tuż obok  niej tendencje wywodzące się z kubizmu, określane koloryzmem abstrakcyjnym. Intuicje Ostrowskiego, co do znaczenia koloru jako elementu konstrukcyjnego, znalazły  potwierdzenie w pracowni Légera. Świetliste, płasko położone plamy barwne obwiedzione geometryzowaną linią niczym witrażowym spoiwem, stały się charakterystyczne dla języka malarskiego mentora Wilgi. Kiedy inni artyści, zamknięci w hermetycznej bańce  socrealistycznych doktryn, mieli ogromną trudność w możliwościach kształtowania swych  osobowości w oparciu o różnorodność, Ostrowski swoich studentów uwrażliwiał na nowe i  odmienne. Wpajając im coś jeszcze – pożądanie do tworzenia monumentalnych kompozycji.

Wilga zapracowała na miano artystki w roku 1986, jej autorska technika batikowa, zdobyła uznanie mistrza. Praca młodej adeptki, osobliwie oddziałująca na widzów kobaltowymi odcieniami, zawisła na wystawie w Arsenale. Niestety umieszczono ją do góry nogami. Świeżo pasowana  na artystkę Wilga, opuszczając mury Gdańskiej uczelni,  uznała to za znak i postanowiła, że będzie żyć po swojemu, bez względu na cenę takiego wyboru.

[1] Na podstawie opracowania Zofii Tomczyk-Watrak „Wybory i przemilczenia. Od szkoły sopockiej do nowej szkoły gdańskiej” Str. 40