Tadeusz Król

Czekając na Godota

Fragment z rozdziału III

Wiosna, rok 2010 Galeria BWA Bielsko- Biała,  Wernisaż Wystawy „Formy tracone”

(…) Od jakiegoś czasu krążę pośród innych gości, obijając się o czyjeś plecy i obiecują sobie, że wrócę tu najlepiej w środku tygodnia, kiedy galeria będzie cudownie pusta i cicha. Wrócę, aby spotkać się z obrazami jeszcze raz i zrobię to w należytym skupieniu. Nie spodziewałam się zobaczyć takich prac. Ich spore formaty potęgują wrażenie niepokoju. Jestem oszołomiona. Czy inspiracją do stworzenia cyklu o tak różnorodnej kompozycji był sposób postrzegania rzeczywistości? Otacza nas złożony, zmienny i dynamiczny świat, w którym mnożące się obrazy tworzą istny natłok wrażeń. Jakże znajomy i złowróżbny natłok. Wspominam pierwsze spotkanie z Tadeuszem Królem i zaczynam rozumieć co miał na myśli gdy mówił, że malarstwo jest wybitnie zaraźliwe. Nastrój jego prac budują plamy barwne, ekspresjonistycznie nasycone, żywe i gwałtowne. Potęgują dynamikę i ruch w obrazie. Znajduję w nich radość pracy z kolorem i światłem, jaką emanowali najlepsi koloryści ale to linia rysunku, pełna semiotycznej bezpośredniości gra pierwsze skrzypce, dopóki nie pojawi się podtekst graficzny. Treść przyprawia o dreszcze, porusza emocje na różnych poziomach i co najistotniejsze – karmi myślenie. Każde z przedstawień bardziej niż doznanie zmysłowe jest zachętą do głębokiej refleksji. Ponownie odczuwam przemożną chęć, aby wyruszyć w ekspedycję ku poznaniu prawdy o samej sobie. Chcę porozmawiać o tym wszystkim z autorem dzieł ale nie potrafię odnaleźć go w tłumie. Wreszcie dostrzegam go w kąciku Sali. Tadeusz w swej osobliwej gawroszce prowadzi właśnie zajadłą dyskusję z grupką młodocianych odbiorców. Podchodzę, aby się przywitać.

– Dobry wieczór! – słyszę znajomy głos – Jakże się cieszę! Pozwoli Pani, że jej przedstawię. Oto moi uczniowie! – Pada pełne szczerej dumy stwierdzenie. Dołączam do grupy z szerokim uśmiechem i mocno ściskam dłoń Tadeusza, gdy ten nieoczekiwanie koryguje własną wypowiedź.  – Powiedziałem moi uczniowie? Jacy tam oni „moi”. Uważam termin „moi uczniowie” za nieco zbyt wydumany.

– Odrealnione sformułowanie?  A to ciekawe. Zatem jak bardziej adekwatnie określić ludzi, na których życie właśnie Pan wpływa? – Pytam zadziornie, robiąc szeroki gest i wskazując palcem na pracę, przy której wszyscy stoimy.

Jest nią duży tryptyk wysoki na dwa i szeroki na prawie trzy metry. Ale nie rozmiar robi tu wrażenie. Dwa skrzydła obrazu wypełnia monochromatyczne kłębowisko, jak na obrazach Francisa Bacona. Mroczny tłum złożony z elementów kończyn, nabrzmiałych brzuchów i kościstych kręgosłupów. Centralną część tryptyku stanowi natomiast  żywa obecność dwóch postaci. Obecność dosadna i intensywna. Ich monumentalne, nagie ciała w jednolitym i rozproszonym świetle, wydają się emanować rzeczywistym cierpieniem. Przemyka mi przez myśl, że gdzieś już widziałam podobnie absorbujące dzieło. Giotto? Nie! To raczej odniesienie do dramatyzmu mistrza gestu i mimiki. Utwierdzam się w słuszności swej intuicji zerkając na tytuł pracy „After Masaccio”.  A więc Masaccio! [1] Potakuję głową i natychmiast przechodzi mnie dreszcz, jakby wstyd i rozpacz „wygnanych z raju” były moim osobistym doznaniem. Na emocjonującym fresku z Kaplicy Brancacci we Florencji, parę banitów dręczą strach i poczucie winy,  tło scenerii jest ubogie, proste i ciche. Tryptyk Tadeusza Króla ma zupełnie nową, krzykliwą tożsamość. Choć samo przedstawienie odnosi się wprost zarówno do wspaniałych dzieł wczesnego renesansu jak i klasyki nowoczesności tak zwanej szkoły londyńskiej [2] , to nowy wymiar przekazu uzyskano poprzez niezwykły sposób operowania kolorem. Ekspresję eskalują kontrastujące ze sobą barwy dopełniające. Tło intensyfikuje emocje. Pomarańczowa czerwień anatomicznie doskonałych ciał rozpacza donośnie, roztapiając się w morzu zielono – błękitnych łez.

 – Obcowanie z tego rodzaju malarstwem to intensywne doświadczenie – wypowiadam powoli każde ze słów, wskazując z powagą na tryptyk.  – To doświadczenie niezapomniane. Rozciąga się na wszystkie treści intuicji zmysłowej. Obrazy o tak silnym oddziaływaniu emocjonalnym przenoszą obiektywną treść do umysłu. A co jeśli zdołają rozszerzyć się na samą rzeczywistość? To przeżycie, które pozostawia trwały ślad. To sztuka, która ma największy sens, ponieważ mówi wiele o człowieku. Zatem może też zmieniać jego życie. – Dodaję z pełnym przekonaniem, patrząc wymownie w oczy artysty.

– Ależ moim zamiarem nie jest wpływanie na niczyje życie! – Podejmuje dialog Tadeusz Król. – Jestem tylko plastykiem, nie sądzę abym otrzymał dar apostolstwa. Zarzekam się, że nie mam i też nigdy nie miałem jakiegoś poczucia misji. Zwłaszcza teraz, gdy ludzie znów pragną powrotów do ideologii, ja jestem przewrażliwiony na ich punkcie. Jestem za tym co namacalne. Jestem za życiem z jego fizycznymi przejawami. Hołduję zwyczajności chwil.

– Pan profesor zawsze mówił, że idee są ważne! – Zabiera głos jeden z uczniów Tadeusza. Wokół nas pojawia się coraz więcej osób.

– Oczywiście. Mówiłem. Idee są ważne! Problem w tym, że one po jakimś czasie stają się karykaturą samych siebie. Oszukujemy się wzajemnie. Nie jestem żadnym mizantropem, ale wiem, że człowiek to bestia, która potrafi sobie wytłumaczyć nawet największą zbrodnię.

– Jeżeli jesteśmy przy bestii, a to temat przy którym pewnie pozostaniemy dłużej – przerywam, podnosząc palce do góry jak uczennica zgłaszająca się do odpowiedzi – Czy mogę zapytać wprost: jest tu gdzieś Bóg?

Salę wypełnia przyjemny gwar. Ludzie piją wino, częstują się przekąskami.  Tymczasem w kącie,  przy obrazie „wypędzonych z raju” robi się coraz ciaśniej. Tadeusz Król uśmiecha się i natychmiast podejmuje wyzwanie. Nie ma dla niego tematów drażliwych. Oczy błyszczą mu figlarnie, gdy rozpoczyna swoją wypowiedź.

– Jak szanowni tu zebrani słusznie zauważyli, jestem człowiekiem emocjonalnie wrażliwym. Jestem też religijny. Wiara jest sprawą najbardziej intymną, tak jak kwestie związane z miłością. Ale odpowiem, skoro mnie zapytano. Uczestniczę w ceremoniach, a podstawy doktrynalne dotyczą mnie wprost i dotyczą mnie bardzo. Moje „Formy tracone” są bezpośrednim wyrażeniem pewnych treści umysłowych, zbitką myśli podejmujących temat egzystencjalny. Czy nasze historie nie są jedną szamotaniną w wielkim kłębowisku wzajemnych zależności? Niepokoją mnie duchowe przemiany człowieka. Martwi, zatracanie jego cech indywidualnych,  na rzecz wtopienia się w bezmyślny tłum podobnych sobie jednostek.  Lękam się wyspecjalizowanego, coraz bardziej zautomatyzowanego, zatrutego, powierzchownego i wyjałowionego intelektualnie środowiska. Dręczy mnie pytanie „po co tu jesteśmy i dokąd idziemy”. I jest to silnie podszyte wiarą chrześcijańską. Nie drążę. Nie proszę. Raczej obserwuję, dziękuję i wciąż jednak ufam!  Mogę powiedzieć, że jestem wierzącym chrześcijaninem ale mam tą świadomość, że Bóg w którego wierzę myśli o tym inaczej.

Ten piękny i szczery monolog przerywa salwa śmiechu. Tadeusz kontynuuje wywód, nieco bardziej belferskim tonem:

– To nieprawda, że człowiek nowoczesny to umysł, który zwyciężył lęk. Nie wierzcie w to! Lęk istnieje. Lęk przed światem zewnętrznym, lęk przed śmiercią, lęk przed nieznanym, przed nicością, przed pustką. [3] Dlatego nie deprecjonuję babci z różańcem i szanuję jej rytuały. Być może właśnie ta prosta kobieta ma większy kontakt z Bogiem niż ktokolwiek z nas. Szanować innego człowieka to szanować to, w co wierzy i to, czego się lęka.        

– No właśnie. To wiara stanowi schronienie przed lękami, natomiast religia jest sposobem mierzenia się „twarzą w twarz” z tym, co niepokoi. Sądzę, że sednem ludzkiej religijności było doświadczanie metafizycznej trwogi, które współcześnie zostało zdezawuowane przez instytucjonalizację. Dziś trudno nie zauważyć, że religia przeżywa kryzys. Jeśli tak jest, to która z pozostałych dziedzin: filozofia czy sztuka, lepiej nadaje się by objawiać prawdę metafizyczną? – pytam, zadowolona z przebiegu rozmowy.

– Zdaje się, że Platon opowiadał się za mocą filozofii, sztukę uznając raczej za czynność bałamutną – wtrąca nagle czyjś nieznajomy głos. Zerkam ukradkiem w jego kierunku. Głos z całym przekonaniem należy do kogoś, kto jest artystą. Zdradza go jego mina i nonszalancka postawa. Tadeusz również odwraca głowę. Na jego twarzy pojawia się szeroki uśmiech. Pomiędzy mężczyznami następuje wymiana porozumiewawczych spojrzeń.

 – A może to właśnie sztuka, we współczesnym odczuciu, lepiej niż filozofia i religia objaśnia nam sens świata? – polemizuję, próbując skupić na sobie całą uwagę słuchaczy.

– Być może… – odpowiada wymijająco Tadeusz Król.  – Miałoby to pewnie bezpośredni związek z destrukcyjnym procesem demontażu duchowości. Doświadczenie estetyczne, czy też przeżycie artystyczne mogłoby stać się dziś substytutem utraconych „religijnych pewności”, ale tylko mogłoby. Mówimy wszak o odczuciach, a one są intymną sprawą każdego człowieka, trudno na ich podstawie wyciągać generalizujące wnioski.

Dyskusja robi się coraz bardziej ciekawa, lecz mnie szczególnie interesuje wątek, który zdeterminował myśl przewodnią wystawy.

– Dlaczego Pana obrazy są tak przejmująco cierpiące?! – pytam wprost, trochę zbyt głośno. – Rozpad, zanik i brak, zatracenie i strata. Do tego, ten odważnie rzucony przed chwilą osąd, że „człowiek jest bestią”. Czy nie lepiej, aby sztuka dawała nadzieję, by pomagała nam w potrzebie wyrwania się z trywialnej rzeczywistości, przeciwstawiając się entropicznym siłom egzystencji? Czy nie lepiej zaklinać kres i śmierć zaprzeczając losowi?

 – Wtedy rację miałby Platon uznając sztukę za czynność zwodniczą – odpowiada artysta z ironicznym wdziękiem, zerkając w stronę nonszalanckiej postaci. 

– To strach przed śmiercią jest żarem podtrzymującym szczęście . – kontynuuje. – Nie wymyśliłem tego zdania sam. Od lat czytam literaturę faktograficzną, a „Jesień Patriarchy” była i jest jedną z moich ulubionych pozycji, odzwierciedla konflikty całego kontynentu. Zanotujcie w pamięci, warto znać tę literaturę. – Tadeusz, poprawiając daszek swej czapki zwraca się teraz do reszty grupy:  – To bardzo obrazowa książka, w sam raz dla plastyków. Niesamowity język barwny, przepięknie nakreślone przestrzenie, no i  zachowania ludzkie. Wszystko w niej aż kipi. – zachwala.  –  A wracając do pytania. Moje malarskie wizje to koszmar najbliższej przyszłości. Rojowiska zmechanizowanych przedstawicieli szczęśliwej ludzkości. Kłębowisko bezmyślnej masy „zombie” uzależnionych od technologii, którymi włada System. Nowe typy społeczności, złożone z zagubionych i wzajemnie sobie obcych „istnień poszczególnych[5] . To widzę i to mnie dręczy. Ale i przeszłość, przyznaję, jest również determinantem mojej twórczości. Wystarczy, że wciąż jak bumerang wraca do mnie temat holokaustu. Z książki  „Eichmann w Jerozolimie”[6]  wysypują mi się kartki. Zacząłem interesować się tym wątkiem w kontekście własnych retrospekcji i wspomnień mojej rodziny. Przywracałem to, co zasłyszane i to, co pamiętałem z opowieści. Prowadziłem własne badania, które doprowadziły mnie do stwierdzenia, że człowiek jest bestią. Jak inaczej pojąć dlaczego czterdziestopięcioletni emeryt, Niemiec, Bawarczyk, katolik, który sam miał rodzinę, strzelał do dzieci? Choć przeczytałem chyba wszystko co się pojawiło na ten temat, wciąż nie wiem dlaczego ludzie powielają schematy, jaki jest ten klasyczny polski antysemityzm i jaka jest nasza prawdziwa natura. Wciąż próbuję zrozumieć co wywołuje ekstremalnie złe, ludzkie zachowania. Każdego dnia pytam sam siebie do czego człowiek jest zdolny. Jak to wpłynęło na moją sztukę? Oj! W żaden sposób. To tylko taki dodatek do „Form traconych” – puentuje żartobliwie Tadeusz Król. 

– Prawdziwi artyści to wyrzuty sumienia ludzkości. – przebiega mi przez myśl górnolotnie.  Mam wiele wątpliwości, o których chcę porozmawiać z tym konkretnym artystą w cztery oczy. Tymczasem na Sali cichnie gwar i rozpoczyna się koncert. Tuż po nim, zebrani goście tłoczą się przy stołach. Przeciwstawiając się rytuałowi oszczędności słów na rzecz towarzyskiego spotkania, udaję się na papierosa. Na zewnątrz panuje chłód. Zaciągam się dymem drżąc z zimna, gdy ktoś troskliwie zarzuca mi na plecy marynarkę.

–  Zmarznie Pani i kłopoty gotowe. – słyszę dobrotliwy głos.

 – Czy opowie mi Pan za co wyrzucili go z raju? – pytam, otulając ramiona miękkim materiałem.

– Za grzechy! – odpowiada Tadeusz Król.  – Kiedy widzieliśmy się parę lat temu  byłem w strasznym dołku. Naprawdę chce Pani tego słuchać? 

– Tak. Interesują mnie wszelkie historie wygnania.  – odpowiadam,  odpalając kolejnego papierosa.

– Ale to opowieść o tym jak prawie zmarnowałem sobie życie. – wzdycha Tadeusz, gasząc swój niedopałek.

 – Uhmm. Sądzę, że jest zdecydowanie więcej specjalistów z tego zakresu. Człowiek jest liną ponad przepaścią [7]  – odpowiadam z przekąsem. –  To, co artysta ma do powiedzenia światu jest tym wartościowsze, im bardziej podszyte prawdą własnych doświadczeń. Zatem? 

Rozsiadam się ostentacyjnie na ławce, dając jasno do zrozumienia, że jestem gotowa wysłuchać nawet najsmutniejszą historię.

 – No dobrze. Sama się Pani prosiła – poddaje się wreszcie mój rozmówca. Przysiada tuż obok mnie. Przez chwilę jeszcze milczy, patrząc w pustą przestrzeń szarego wieczoru.

(…)

Projekt „Literacko o artystach” jest cyklem monografii napisanych w autorskiej konwencji literackiej. Jest też unikatowym zbiorem wiedzy o życiu, rozwoju artystycznym i motywach twórczości wybitnych malarzy, wywodzących się  z dwóch szkół ( północ i południe kraju). Na cykl składają się niezależne opowieści, tworzące spójną historię, która integruje różnorodne nurty malarskie. Biografistyka przybliża czytelnikom tak dorobek twórczy,  jak i postać człowieka – kreatora, z jego słabościami i niezłomnością.

Bohaterami opracowania „Potomkowie szkoły sopockiej” są: Jacek Mydlarski, Wilga Badowska oraz Kiejstut Bereźnicki. Ośrodek krakowski reprezentują: Tadeusz Król, Andrzej Borowski i Piotr Naliwajko. Praca, oprócz walorów edukacyjnych rozwija wiedzę poznawczą z zakresu sztuki współczesnej i promuje innowacyjną narrację, jako nowy sposób pisania o sztuce. 

„Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego”.

[1] Masaccio – Tommaso di Ser Giovanni di Simone – włoski malarz quattrocenta, prekursor zastosowania zasady matematycznej konstrukcji widoku trójwymiarowej przestrzeni oraz perspektywy zbieżnej, utrzymania właściwych proporcji pomiędzy postaciami a przestrzenią oraz nadania namalowanym przez siebie postaciom rysu psychologicznego. Artysta odszedł od linearnego, gotyckiego stylu, a dzięki zastosowaniu światłocienia – potrafił dodać postaciom masywności, prostoty i siły. Inspirował się twórczością Giotta oraz Donatella. Jego dzieła zebrane we Florencji, pilnie studiowali Rafael Santi i Michał Anioł

[2] Francis Bacon (1909–1992) to najważniejszy z malarzy szkoły londyńskiej; której celem było odnowienie języka sztuki figuratywnej i przeciwstawienie się  abstrakcjonizmowi oraz  tak zwanej  „dyktaturze awangard”.

[3] Tadeusz Kantor „Mały manifest,  Lekcje mediolańskie”; Kraków 1991, s. 91.

[4] Gabriel José de la Concordia García Márquez “Jesień patriarchy” tłum. Carlos Marrodan Casas, Wyd. Warszawa: Muza, 2002

[5] Nawiązanie do wątku  ontologicznego  i  egzystencjalnego  w  katastroficznej filozofii S.I. Witkiewicza,  zawartego  w  „główniaku”, czyli w wydanych w 1935r ”Pojęciach i twierdzeniach implikowanych przez pojęcie Istnienia”. Trop istotny w obrębie  rozważań  z  zakresu filozofii  kultury  i  filozofii  sztuki, w kontekście  problemu  Istnienia i Tajemnicy oraz rozstrzygnięć dotyczących Nicości.

[6]   Hannah Arendt „Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła” – to relacja ukazana jako znakomity literacko klasyczny reportaż sądowy i esej o mechanizmie państwa totalitarnego oraz mentalności jego twórców i sług. Autorką jest wybitna filozofka, która nie cofa się przed postawieniem pytań o istotę postaw Żydów europejskich w obliczu Zagłady.

[7] F. Nietzsche „Tako rzecze Zaratustra”  W. Berent (tł.) Warszawa 1990;  str. 9